interwencją w sprawie dzieci z warszawskiej Białołęk
i, Wirtualna Polska postanowiła przyjrzeć się, jak wyglądała jej wcześniejsza kariera zawodowa i czy wszystko, o czym mówi, jest zgodne z prawdą.
Przypomnijmy, w sierpniu Rzeczniczka Praw Dziecka Monika Horna-Cieślak podczas spaceru po warszawskiej Białołęce miała dostrzec kobietę, która szarpie swoje dziecko i na nie krzyczy. Urzędniczka miała zwrócić kobiecie uwagę, jednak ta odpowiedziała jej w wulgarny sposób. Rzeczniczka złożyła zawiadomienie w tej sprawie na policji i wnioskowała o
odebranie dzieci rodzini
e. Gdy tak się nie stało, ponieważ funkcjonariusze nie widzieli ku temu podstaw, miała lobbować u sędziego, by ten zgodził się na odebranie dzieci rodzinie. Ostatecznie sędzia również nie widział ku temu podstaw. Jak ustalił serwis zero.pl, zaangażowana w sprawę Monika Horna-Cieślak miała spotkać się w tej sprawie z policjantami i ostatecznie zapadła decyzja o wydaniu
nakazu opuszczenia mieszkania
przez rodziców oraz zakazu zbliżania się do dzieci, które mają trzy i cztery lata. Dzieci zostały przekazane pod opiekę domu dziecka. Decyzję musiał ocenić sąd, który natychmiast
wezwał do jej cofnięcia i oddania dzieci rodzicom
.
Gdy o sprawie zrobiło się głośno, Horna-Cieślak wydała oświadczenie, w którym tłumaczyła, że była świadkiem przemocy fizycznej i psychicznej i zaczęła działać, ponieważ
"nie zgadza się na marginalizowanie przemocy wobec dzieci
i każdym takim zachowaniom będzie się stanowczo sprzeciwiać".
W środę na antenie Polsat News podkreślała, że rodzina była już wcześniej znana służbom i była tam wdrożona procedura "Niebieskiej Karty", dlatego też dzieci nie znajdują się obecnie w środowisku domowym:
- Obecnie dzieci nie znajdują się w środowisku domowym. Cały materiał dowodowy mówi o tym, że ta rodzina już była wcześniej znana służbom. Była tam wcześniej procedura Niebieskiej Karty, interweniowali sąsiedzi, były awantury, a obecnie dzieci nie są w domu - powiedziała w środę w rozmowie z Polsat News Monika Horna-Cieślak.
Z kolei serwis zero.pl podał, że
obecnie dzieci znajdują się pod opieką matki, z którą przebywają w ośrodku interwencji kryzysowej
.
Teraz Szymon Jadczak w serwisie WP ujawnia, że w latach 2016-2023 podległy Zbigniewowi Ziobrze
Instytut Wymiaru Sprawiedliwości
(IWS) wypłacił obecnej Rzeczniczce Praw Dziecka, Monice Hornie-Cieślak,
224 tys. zł na podstawie 16 umów zawartych bez przetargów.
Co istotne, zadaniem Instytutu było
badanie prawa, sprawdzanie jego poprawności i legalności.
Mimo to zlecał on Hornie-Cieślak
pisanie projektów ustaw i rozporządzeń
, co należało do zadań Ministerstwa Sprawiedliwości.
Jak udało się ustalić WP, pierwotną współpracę nawiązał z nią były wiceminister, obecnie poszukiwany listem gończym Marcin Romanowski. Jak podano, w archiwach Instytutu brakuje dokumentów, które miałyby wyjaśnić, na jakiej podstawie wybrano właśnie ją do współpracy i jak wyceniano jej pracę.
Ministerstwo Sprawiedliwości deklaruje, że nie zlecało jednostkom podległym przygotowywania projektów ustaw i nie wypłaciło obecnej rzeczniczce ani złotówki. IWS płacił jej natomiast za "opracowywanie propozycji zmian aktów prawnych" i udział w pracach legislacyjnych.
O Hornie-Cieślak zrobiło się głośno w związku ze
sprawą ośmioletniego Kamilka, który 8 maja 2023 r. zmarł w szpitalu w Częstochowie
. Chłopiec był bity, oblewany wrzątkiem i sadzany na rozgrzanym piecu. Umierał pięć tygodni. Wówczas zapowiedziano zmianę przepisów, która miałaby zapobiegać takim sytuacjom. Cztery dni po śmierci chłopca do Sejmu trafił projekt ustawy znanej jako
"ustawa Kamilka"
. Przepisy zgłosili posłowie z partii Zbigniewa Ziobry. Zostały one uchwalone w ciągu trzech miesięcy. Ostatecznie okazało się, że nad ustawą pracowały sędzia Agnieszka Matysek, która pracowała wówczas w Ministerstwie Sprawiedliwości oraz Monika Horna-Cieślak.
Dopiero od tego momentu obecna Rzeczniczka Praw Dziecka stała się osobą medialną. W związku z tym, że jesienią 2023 r. nowa koalicja rządząca szukała kandydata na nowego Rzecznika Praw Dziecka, to właśnie przez sprawę Kamilka wybrano ją na to stanowisko. W uzasadnieniu kandydatury napisano, że jest współautorką "ustawy Kamilka".
Brakowało jednak informacji, że pracowała przez 7 lat dla Instytutu podległego Ziobrze
. W listopadzie Horna-Cieślak została wybrana na ten urząd.
Horna-Cieślak pracę dla Instytutu Wymiaru Sprawiedliwości rozpoczęła w 2016 roku. Początkowo miała badać akta sądowe. Z czasem do jej obowiązków zaczęło należeć pisanie prawa. Jak podaje WP,
płacono jej stawki godzinowe: początkowo 78 zł,
a w ostatniej umowie już nawet 105 zł. W ramach 16 umów Instytut wypłacił jej
223 680 zł.
Z rozliczeń, które składała sama prawniczka, wynika, że przepracowała
2767 godzin
. Co więcej, według ustaleń serwisu, w latach 2016-2023 Instytut płacił za pisanie przepisów o ochronie dzieci tylko jednej osobie - i była nią obecna Rzeczniczka Praw Dziecka.
Serwis podaje, że Horna-Cieślak utrzymuje, iż pieniądze, które otrzymała z Instytutu,
nie były płacone za "ustawę Kamilka"
. Twierdzi, że otrzymała wynagrodzenie za nowelizację ustawy o przemocy domowej, zmiany w procedurze karnej oraz rozporządzenia o przesłuchaniach dzieci i ofiar przestępstw seksualnych, a także o regulaminie pracy sądów.
Jak twierdzi Rzeczniczka, projekt "ustawy Kamilka"
pisała za darmo "po godzinach pracy"
. W tym samym czasie Horna-Cieślak wystawiała jednak IWS rachunki po 78 zł za godzinę za "opracowanie propozycji zmian aktów prawnych" - nie wiadomo jednak, jakich dokładnie.
Rzeczniczka oficjalnie przyznała, że
za jedną część pracy nad "ustawą Kamilka" otrzymywała wynagrodzenie
. Chodziło o prace "związane z ustawą Kamilka w zakresie prowadzonych prac w Sejmie i Senacie od maja 2023 r. do sierpnia 2023 r.".
Ostatecznie
ustawa okazała się zbyt restrykcyjna
. Dochodziło do absurdów, takich jak przypadek przedszkolanki, która nie mogła sama przebrać zmoczonego dziecka.
W związku z tym rząd przygotował poprawki do ustawy. Sejm przyjął je w sierpniu 2025 roku. Niecałe dwa tygodnie później Rzeczniczka miała jednak wysłać prezydentowi Karolowi Nawrockiemu pismo, w którym skrytykowała te zmiany. Nie wspomniała jednak, że ustawa powstawała przy jej udziale i że otrzymywała za to wynagrodzenie. Tym samym mogło dojść do konfliktu interesów.
Zaakceptuj pliki cookies Twitter/X, aby zobaczyć ten tweet.
Hej, przypominamy tylko:
1. Szanujemy nawet ostrą dyskusję i wolność słowa, ale nie agresję. Przemocowe treści będą usuwane.
2. W komentarzach można swobodnie używać embedów z mediów społecznościowych.
3. Polecamy założenie konta, dzięki temu możesz zobaczyć wszystkie swoje dyskusje w jednym miejscu i dodać coś (👉 Sortownia), co trafi na stronę główną.