Wirtualna Polska (WP) donosi, że gdy na Lubelszczyźnie spadła rosyjska rakieta,
syreny zawyły tylko w 7 z 17 powiatów
województwa. W powiecie biłgorajskim, na terytorium którego spadł pocisk, ostrzeżenie o zagrożeniu przyszło
cztery minuty po wybuchu
w miejscowości Tarnawa-Kolonia.
Po eksplozji rakiety, do której doszło w nocy z 29 na 30 lipca, premier
Donald Tusk
zapewniał, że zadziałały wszystkie odpowiednie systemy, a
Polska była gotowa zestrzelić
nadciągający pocisk. Ostatecznie dowództwo wojskowe nie zdecydowało się na ten ruch, ponieważ rakieta nie zagrażała terenom zabudowanym.
Pisaliśmy o tym tutaj:
Zaakceptuj pliki cookies Twitter/X, aby zobaczyć ten tweet.
Jak ustaliła WP, duża część mieszkańców województwa lubelskiego o zagrożeniu
dowiedziała się dopiero rano, z mediów
. W większości powiatów
nie zostały uruchomione
systemy alarmowe. Okazuje się, że największym problemem jest samo zaprojektowanie systemu wczesnego ostrzegania, zgodnie z którym wyznaczeni pracownicy urzędu
muszą ręcznie włączać syreny
do 15 minut po otrzymaniu stosownego zawiadomienia wysłanego SMS-em przez wojewodę.
- Pracownicy wydziału bezpieczeństwa i zarządzania kryzysowego
pełnią dyżury
. W momencie, kiedy przychodzi do nich SMS, po prostu
człowiek musi się obudzić
i rozpocząć całą procedurę. No a człowiek też zawodzi i
w tym przypadku pracownik się nie obudził
- powiedziała WP
Teresa Gutowska
, starosta puławska, tłumacząc dlaczego w jej powiecie syreny milczały.
- Oni po prostu
mają prawo być zmęczeni
. Zwykły człowiek ma prawo nie usłyszeć wiadomości, bo niestety jest tym zawodnym ogniwem. I
nie może tak być
, że w jego rękach spoczywa cała odpowiedzialność. Na szczęście nic się tu nie wydarzyło, ale nie możemy liczyć na szczęście. To musi być
uregulowane przepisami odgórnymi
. I albo obsługa systemu będzie w rękach wojewody centralnie, albo w
straży pożarnej
, dlatego że jest tą instytucją, która działa całodobowo - dodaje Gutowska.
Zaspanie dyżurnych to nie jedyny problem. W powiecie kraśnickim urzędnik odpowiedzialny za włączanie syren chciał
najpierw dodzwonić się do swojego przełożonego
. Z kolei w powiecie biłgorajskim, gdzie spadła rakieta i gdzie za uruchomienie syren odpowiadają strażacy, informacja o zagrożeniu wpłynęła
dopiero w momencie wybuchu rakiety
, a dyżurny odebrał ją cztery minuty później.
- Przykłady, że
urzędnik spał albo miał daleko do urzędu
, brzmią po prostu absurdalnie w kontekście województwa, które jest na wschodzie Polski, gdzie mieliśmy już szereg incydentów związanych z wlotem czegoś w naszą przestrzeń powietrzną, gdzie mamy
szereg innych incydentów
, które mogą się wydarzyć: podpalenie czy akty sabotażu. Pytanie na przykład, co się stanie, jeżeli ktoś podłoży ładunek wybuchowy i tym
razem z torów wyleci pociąg z jakimś niebezpiecznym ładunkiem
, albo pociąg pasażerski, gdzie będzie na przykład 300 osób? - mówił w rozmowie z WP
dr Michał Piekarski
z Instytutu Studiów Międzynarodowych i Bezpieczeństwa Uniwersytetu Wrocławskiego.
Zdaniem Piekarskiego do rozwiązania problemu
niezbędne są pieniądze
, które pozwolą utrzymywać całodobowe dyżury w powiatowych centrach zarządzania. Ekspert dodaje, że polski system ostrzegania jest niewydolny, ponieważ
nie był projektowany z myślą o zagrożeniu wojennym
, a raczej o katastrofach naturalnych.
Wojewoda lubelski zapowiedział zmiany w systemie. Chce m.in.
móc centralnie i zdalnie włączać wszystkie syreny
na Lubelszczyźnie. W tym celu ogłoszono przetarg na 200 nowych urządzeń, ponieważ obecnie tylko 164 syreny w województwie mogą być włączone na odległość.
Hej, przypominamy tylko:
1. Szanujemy nawet ostrą dyskusję i wolność słowa, ale nie agresję. Przemocowe treści będą usuwane.
2. W komentarzach można swobodnie używać embedów z mediów społecznościowych.
3. Polecamy założenie konta, dzięki temu możesz zobaczyć wszystkie swoje dyskusje w jednym miejscu i dodać coś (👉 Sortownia), co trafi na stronę główną.